Z pięcioma świeczkami.
Chcę ich mieć jak najwięcej
płonących wdzięcznie!
Byle smakować
patrząc na Ciebie
śmiejącą się serdecznie!
Basi
Z pięcioma świeczkami.
Chcę ich mieć jak najwięcej
płonących wdzięcznie!
Byle smakować
patrząc na Ciebie
śmiejącą się serdecznie!
Basi
Przekroczyłem rzekę Zmartwień, niepostrzeżenie. Jakby Ktoś rozłożył most pontonowy i przeprowadził bezpiecznie na drugi brzeg. Myśli o starości pozostały na drugim brzegu, bo tu gdzie jestem jest nowe spojrzenie na przemijanie.
Patrzę na ten mój brzeg i dziękuję za to co za mną, idę naprzód dziękując za to co przede mną.
Widzę Jego postać -zachęcająco świeżą mimo tylu lat. Czy to możliwe żeby ciągle ten sam płomień zapalał do Życia i ożywiał Sens i Cel ?
Na świerku w moim ogrodzie wielki gołąb grzywacz od dwóch lat rodzinnie spędza czas. Wytrwale, wiernie i blisko naszych okien. Może to przypadek, ale ten płochliwy z natury ptak nigdy nie osiedlał się blisko człowieka.
To dla mnie taki kolejny znak w spełnienie tego co teoretycznie jest niemożliwe.
„ Zaskoczyłeś mnie Panie, a ja dałem się zaskoczyć” jak mówił Prorok w Izraelu – a ja mu na to AMEN!.
Dziękuję Ci Boże za to że z Tobą jestem bezpieczny!
Słucham codziennie porannych wiadomości z radia samochodowego jadąc do pracy. Ponad pół godziny wysłuchiwania aktualności, komentarzy, opinii. Lubię słuchać i podziwiam słowo mówione pięknie, którego jest coraz mniej w dostępnych mediach.
Ale przyszedł taki dzień kiedy dotarły do mnie inne PORANNE DOBRE WIADOMOŚCI – pełne słów pięknych, aktualnych, osobistych, praktycznych. Wiadomości dziwne – bo w formie rozmowy.
Poranna modlitwa sam na sam w samochodzie, wśród ścigających się aut – spokój cisza, wyłączony odbiornik samochodowy. Mogę słuchać, opowiadać o moich bliskich polecając ich Bogu, prosić o sprawy dla mnie ważne, podziwiać piękne newsy budzącej się przyrody.
Wydzieram się więc na cały głos, śpiewając, wołając, dziękując, prosząc.
A kiedy włączy się czerwone światło słucham, słucham… To działa!
P.S DOBRE WIADOMOŚCI ( GOOD NEWS) dostępne w każdym aucie. – Abonament wykupiony ok. 2000 lat temu
Tato- opowiedz mi o wieży Babel!
Na dobranoc opowiadam o ludziach którym pycha zaślepiła rozsądek i chcieli zbudować coś doskonałego i dorównać Bogu. Skończyło się pomieszaniem języków, mówiąc po ludzku – przestali się rozumieć.
Nie wiem dlaczego Pawełek lubi tę historię, może dla tych dźwięków które dla przykładu naśladuję na zakończenie tej historii, może dla nazwy wieży?
Dla mnie to przypomnienie sytuacji i dzieł które zaczęły się dobrze, ale pycha, rywalizacja i przewrotność spowodowały pomieszania języków i brak jedności, a w konsekwencji upadek dzieła.
Jeśli motywacją naszych działań nie będzie przymnażanie chwały Bogu, a jedynie promowanie statutów, zasad, zobowiązań, czy np. abstynencji od alkoholu to za jakiś czas pomieszane języki utrudnią porozumienie i powtórzy się historia Titanica.
codziennie rano
I sycę się zapachem, zielenią, słodyczą.
Nie brakuje mi sił
w drodze do obiecanej ziemi.
Jestem w środku życia,
Z ciepłem w sercu
Ze świeżym zapachem jagód
Z bukietem pełnym i dostojnym.
Z finiszem agrestu i limonki.
Poranek w winnicy
- uśmiech spoza
Libańskiego Cedru.
Trudno poruszać się po ścieżkach życia bez konkretnego celu i pomyślunku. Bezład i brak celu podobny ruchom Browna jest niekonstruktywny i niszczy potencjał który mamy jako Istoty Myślące.
Zapytałem moich najbliższych podczas rodzinnego wielkanocnego obiadu, jakie maja marzenia i kim chcieliby zostać gdyby w życiu mogli coś zmienić. I zobaczyłem pasję podczas mówienia o niespełnionych marzeniach oraz ich namiastki które realizują.
Wizja jest jak kompresor turbo w silniku wysokoprężnym, przyspiesza w drodze do realizacji marzeń.
Bil Hybels ( pisarz chrześcijański) sformułował swoja definicję wizji:
Wizja jest obrazem przyszłości który rozbudza pasję.
Czy można w dzisiejszych czasach robić coś pasją? Czy potrzebna jest wizja?
Jestem pewien że jest potrzebna, bo alternatywą jest destrukcyjne poczucie niskiej wartości które niszczy serce.
Trzydzieści lat temu usłyszałem wypowiedziane z pasja zdanie : że jest Ktoś, kto ma Plan dla mojego życia. Myślałem że to tylko dotyczy obszaru mojej religijności. Teraz wiem że ten plan i uczestnictwo w nim daje wizje która pomaga w małżeństwie, rodzinie, pracy i w tzw. „szarej codzienności”.
Uwielbiam ten stan serca kiedy rozmyślając i modląc się o jakaś sprawę czuje jak narasta we mnie przekonanie, że to na pewno jest to i balon pasji rozdyma moja wyobraźnię.
Warto marzyć, warto znać marzenia swoich bliskich bo to otwarta brama do Pięknego Ogrodu i poznawania siebie.
Moim marzeniem jest… ( moi bliscy wiedzą).
PS.Czy dzieliłeś się ze swoimi bliskimi swoimi marzeniami? Zachęcam, to może bardzo pomóc w zrozumieniu siebie!
Dwa lata temu wylałem wiele łez, bo inaczej być nie mogło. Żal, rozpacz, smutek i zaskoczenie, że nagle może zmienić się tak wiele.
PO dwóch latach został niesmak i nieufność do rządzących.
Pokłady współczucia nie pozwalają mi spokojnie myśleć o tym co przeżywają do dzisiaj rodziny ofiar.
Mam też swoją rocznicę, równie pamiętną i bolesną którą pamiętam bo miała miejsce tydzień po katastrofie. Taki nasz prywatny Smoleńsk. Żal, smutek, zaskoczenie i cisza łez…
Dwa lata po pamiętnym kwietniu 2010 z tym samym smutkiem słucham relacji rodzin ofiar katastrofy lotniczej i podziwiam determinację w dochodzeniu swoich praw i szukaniu prawdy.
Ze zdziwieniem obserwuję krętactwa osób odpowiedzialnych za państwo i medialne dyskryminowanie myślących inaczej.
Moją „katastrofę” wyjaśnił i zamienił w nowa jakość najlepszy Ekspert, Ten od Wydarzeń Wielkich i teoretycznie niemożliwych.
Pozostał tylko cień smutku, wyrozumiałość zastąpiła gniew. Dziękuję Bogu że wzmocnił przyjaźnie prawdziwe, a jej falsyfikaty pomógł odsunąć od siebie.
Powstała z grobu Nadzieja i uwierzyłem że są wokół mojej rodziny ludzie, którzy danego słowa dotrzymują i są wierni- na przekór polityce i małostkowym interesom.
Przyjaźń ze swoimi dorosłymi dziećmi to jeden z większych prezentów jaki otrzymaliśmy w życiu jako rodzice. Kiedy dzieci były malutkie nie sądziłem, że ich dorosłość będzie taka mądra, wrażliwa i mobilizująca do pracy nad sobą. Warto było czas ich dorastania potraktować jako czas szczególny, kosztem wielu wyrzeczeń i cieszyć teraz się dorosłą przyjaźnią.
Dobry Bóg zachęcał nas rodziców do traktowania dzieci jako cenne dobro powierzone i uczył nas rodzicielstwa według zasad Ewangelii.
Przed nami kolejne dobro powierzone , mały Pawełek- który za wzór stawia sobie starsze rodzeństwo i już jest nam rodzicom łatwiej. Jest w tym logika, ale żeby jej owoców doświadczyć, rodzicielstwo trzeba potraktować na serio bo to bardzo się opłaca i bardzo cieszy.
Chwile poświęcone dzieciom, modlitwa, skupiona na nich uwaga powracają po latach, wielokrotnie wynagradzając wysiłek, dając poczucie sensu rodzicielstwa.
Dzięki Boże za to że możemy być Rodzicami tak wspaniałych dzieci!
Marysi i Jaśkowi
myśli na wierzchu,
cisza w sercu,
remanent jaźni.
Lubię czas Wielkiego Tygodnia, chociaż nie wszystko pojmuję. Krzyż, śmierć, cierpienie, Judasz – pytania mnożą się za każdą modlitwa.
Ale codzienne znaki Jego troski upewniają mnie o cudzie Zmartwychwstania.
Dziękuję Panie Jezu!
Amazing Grace!
Myślenie i mówienie o śmierci we współczesnych czasach nie jest trendy. Ale jak tutaj w Wielkim Tygodniu nie mówić o śmierci, i spoglądając na krzyż Jezusa nie myśleć o sprawach uniwersalnych i nieuchronnych.
A przecież lęk przed nią, to uczucie normalne i dziwnym byłoby gdyby nam nie towarzyszył w obliczu katastrof, zdarzeń komunikacyjnych czy codziennych tragicznych newsów w telewizyjnych wiadomościach.
Czy można o niej nie myśleć i wyeliminować jej oddech?
Śmierć i Życie– przez wieki jak bliźnięta były ze sobą związane i towarzyszyły człowiekowi. Krok w krok blisko siebie.
Czy to tylko niepraktyczna teoria?
Jest śmierć która daje nadzieję! Nie pozbawia lęku przed cierpieniem, samotnością i przejściem na drugą stronę. Daje rękojmię Prawdy Życiodajnej.
To Ona nadaje sens każdemu dniowi i zachętę do pracy nad sobą. No bo jeśli nadziei nie ma, to po co ten codzienny wysiłek?
Krzyż pozostanie symbolem śmierci okrutnej, ale też paszportem biometrycznym z odciśniętą pieczęcią Jezusa, na spotkania z Nieuniknionym.
Wielki Tydzień jest naprawdę WIELKIM bo można myśleć o tym od czego uciec się nie uda i nikomu nie trzeba się tłumaczyć z zadumy, ciszy i szukania sensu życia.
Lubię ten czas – ale dopiero od 30 lat.
Trudno nie oprzeć się wrażeniu że po dwóch latach od katastrofy w Smoleńsku coraz więcej faktów które wychodzą na jaw, kompromituje obecną ekipę i media . Prawdy dowiemy się dużo później, ale tym którzy wyciągali wnioski i wskazywali winnych w dzień po KATASTROFIE zachęcam:
Myślenie nie boli a wrażliwość to piękna cecha charakteru, warto ją pielęgnować!
Radykalnym warto być w walce o swoje serce i nie bać się myśleć samodzielnie nawet kosztem niezrozumienia przez innych.
„Szybkie i nie swoje mądrości” po czasie stają niesmaczne i niewygodne.
Trudno traktować dzisiaj poważnie słowa tych polityków którzy nie mówili prawdy, albo ją zmienili na swój użytek przedstawiając dramat w Smoleńsku tak by nie ucierpiał ich publiczny wizerunek.
Kłamczuszki chyba powinny odpocząć. Tylko jak im pomóc? No jak….?
Nauczyłem już kilkoro dzieci jeździć samodzielnie na rowerku na dwóch kółkach.
Teraz z Pawełkiem ćwiczymy jazdę z kółeczkami dodatkowymi, ale zbliża się czas ich odkręcenia i trudna sztuka równowagi stanie się jego udziałem.
Na razie nieśmiało, z dużą fantazją próbuje przejeżdżać przez nierówności, bo wie że jest bezpieczny. Tatuś wie, że za jakiś czas będzie trudniej, ale też rozpocznie się przygoda na dwóch kołach z licznymi plastrami na kolankach.
Analogii do jazdy na rowerze w życiu dorosłym można by podać bardzo wiele. Brak samodzielności w myśleniu, lub nawet podjęcia próby samodzielnego myślenia i działania zdarza się bardzo często. Kształtują nasze myślenie media, opinie innych, lęk przed odrzuceniem, lenistwo. Nie rzadko dajemy się bezkrytycznie manipulować przez sterujących naszym życiem „autorytetami” i dajemy przyzwolenie na maczanie palców w naszym życiu w sposób nieuprawniony. Odkręcanie kółek rozpoczyna się najczęściej kiedy młodzi ludzie stają się mężem i żoną. To czas szczególny – świadomość że zaczyna się dorosłe, samodzielne życie.
Nie ma się czego bać, trzeba się odpępnić, brać życie w swoje ręce bo równowagę na rowerku życia daje Bóg, a przy NIM nawet drobne niepowodzenia wychodzą nam na dobre.
Smutne to jak dorośli ludzie znowu przykręcają sobie kółeczka, żeby czuć się bezpieczniej i nie wymagać więcej od siebie.
Minimalizm – nowy sposób na życie. Odkrycie wielu młodych, doświadczonych szybkim, zamożnym życiem ludzi.
Najczęściej po karierze w korporacjach które wyssały soki, siły i wizje. Ale również wśród tych którzy włączyli rozsadek , widząc bezużyteczność kolejnego kupowanego gadżetu.
Pozostawić sobie tylko to, co tak naprawdę do życia jest potrzebne – w skrócie założenia tego ruchu.
Chyba to nie łatwe, bo nawyki zakupów, konsumpcji i chciwy materializm pchają nas w przeciwną stronę.
Ale to też nie nowy trend. Refleksja na temat tego, co tak naprawdę jest potrzebne do normalnego życia jest czyś normalnym i oczywistym. Brak chwil zastanowienia nad sobą i swoimi potrzebami może skończyć się rozczarowaniem życiem.
W XVI wieku młoda dziewczyna zakochana w Jezusie zachęcała siebie i swoje siostry słowami:
Solo Dios Basta! ( Teresa z Avila)
Trudne to ale i prawdziwe, bo ci którzy poszli ta drogą do rozczarowanych życiem nie należeli i do dzisiaj ich życie jest zachętą do posłuszeństwa Bogu i zarażania Radością.
Są w moim ogrodzie drzewa które rodzą piękne owoce, posadzone przez dziadka mojej żony. Owocują pięknie, chociaż sadzącego już nie ma miedzy nami. Mogę tylko cieszyć się i dziękować mu, że sadząc drzewa myślał o potomnych.
Sadzę i ja nowe drzewka myśląc o swoich wnukach które kiedyś zbierając jabłka czy winogrona będą myślały o mnie.
Jeden sadzi, drugi dogląda, trzeci i następny cieszy się owocami. Taki ewangeliczny porządek.
Wiele spraw które udało się zapoczątkować przed laty wśród młodych ludzi , po latach przynosi owoc w postaci dojrzałych mądrych decyzji, gotowości pomocy innym, kontynuacji rozpoczętych prac.
I nikt z nas przed laty, nie planował tych owoców które teraz zjadamy – a są dobre i dojrzałe. Przyjaźnie, wspólna praca, połączone życiorysy – to tylko skrawek toczących się historii rozpoczętych przed kilkunastu laty.
Teraz doglądają inni, ale kod D.N.A Ewangelii pozostał ten sam również wśród tych którzy pierwszych ogrodników nie pamiętają.
Niech Bóg błogosławi młodym ludziom w ogrodzie Harambee.
Darkowi, Jędrkowi i innym wspaniałym ogrodnikom.
Nie pozwól Boże, bym myśląc o Tobie
nie znalazł chociaż jednego powodu do wdzięczności.
Niech każdy poranek
pozostanie czasem zbierania Łaski
do kosza wdzięczności
za miniony dzień.
Daj mi duszę odkrywcy i poszukiwacza
i pozwól używać Darów
w które mnie wyposażyłeś
bym przydał się Tobie i nnym.
Rozmowa z Przyjacielem, z którym możesz rozmawiać swobodnie na każdy temat, milczeć kiedy potrzeba, odkryć swoje emocje nie czekając na pouczenia i pobożne rady – to wielka sprawa, szczególnie w dobie powierzchownych kontaktów – najczęściej interesownych i bardzo szybkich.
Przez wiele lat tematy tabu, dotyczące niektórych osób, ich decyzji i postępowania skutecznie zmieniły rozmowy na „ dzielenie się”- sztuczne, bez życia i perspektyw.
Ulga swobodnego mówienia o swoich emocjach, o innych i o tym co ważne – scementowało przyjaźnie funkcjonujące przez lata w matrixie dziwnych zależności.
Potrzebowałem spojrzenia z innej perspektywy i odkrycia na nowo Przyjaźni Dojrzałej.
Samotne przepłyniecie na kitesurfingu Morza Czerwonego.
Pod wiatr, samotnie przez Atlantyk na katamaranie
Korona Himalajów bez aparatów tlenowych.
Samotnie na bieguny świata.
Kilka dni wśród jadowitych węży.
Itd…
Księga Guinnessa pełna jest wyczynów sfrustrowanych, niedowartościowanych- najczęściej jednak – facetów.
Uznanie trwa chwile, śmieszność pozostaję bo nie da się tego „bohaterstwa” długo uzasadniać. Następny pomysł będzie jeszcze bardziej szalony i niebezpieczny.
Jedynie bezmyślność, brak męstwa w codziennym życiu, ucieczka od odpowiedzialności i katorga dla najbliższych . Nadęte Ego nie pozwala normalnie żyć.
Heroizm i odwaga zaczyna się codziennym wstawaniem z łóżka po to, by dzień przeżyć dobrze i pożytecznie.
Wyobrażam sobie codzienne życie „ rekordzistów”, czas spędzany z dziećmi, rozmowy z żoną, spotkania rodzinne –tam węszę problem.
Oglądam wywiady z „bohaterami ekstremalnych dziwactw” bo lubię wiedzieć kto się przy tym reklamuje. Kolorowe banery i loga „ sponsorów” zachęcają mnie do zrezygnowania z ich usług i produktów.
A rodzinom „bohaterów” bardzo współczuję.
Przewodnik tatrzański to ważna figura. Doradzi, poprowadzi, pomoże. Takie mieli i mają zadanie do dzisiaj. Oglądając w hotelu w Zakopanem stare grafiki i przedwojenne zdjęcia przewodników tatrzańskich, uderzyła mnie ich normalność, ciepły uśmiech i skromne jak na ratownika i przewodnika wyposażenie . Normalni mężczyźni „ z ludu” tylko że z wielkim doświadczeniem i mądrością.
Stare motto jednej zakopiańskich szkół mówi:
„Tsa wiedzieć ka iść i kogo się tsymać „
Nie wiem czy jest możliwe, żeby nie kierując się zdaniem i radami innych, wszystko w życiu wykreować samemu i pozostać dla siebie przewodnikiem. Być może tak, chociaż trudno mi w to uwierzyć.
Dobrze mieć przy sobie kogoś, kto może doradzić, wysłuchać, zawrócić ze złej drogi – bez uszczerbku na męskiej dumie i honorze.
W ostatni weekend w Tatrach zginęło dwóch ludzi.
Zrezygnowali z rad przewodnika…
Prosta piosenka o miłości – mówi właśnie o niej, o MIŁOŚCI.
Słucham hitów lat 60-tych w których wiadomo kto kogo kocha i jak bardzo, albo dlaczego nienawidzi. Proste słowa chociaż po przetłumaczeniu kompletnie nie nadają się do śpiewania po polsku. My używamy języka podtekstowego, zakręconego i nie wprost.
I trudno się dziwić, że młodzi ludzie tak naprawdę nie wiedza czy się kochają czy tylko ”chodzą” ze sobą. Czy tzw.”dowody miłości” są jakimkolwiek dowodem, czy tylko ordynarny wykorzystaniem – i to jest na to dowód.
Potrzebują również zapewnienia czy i jak bardzo są kochani przez swoich rodziców,
Słowa którymi wyrażamy nasze uczucia mogą być proste i zrozumiałe, ale co najważniejsze s a bardzo potrzebne, małżonkom, dzieciom, rodzicom, przyjaciołom.
Ten galimatias związany z brakiem prostoty wyrażania uczuć słowami bardzo komplikuje życie i sprawia że jesteśmy nierozumiani i coraz bardziej samotni.
Zachęcam do słuchania prostych piosenek o miłości. Może to obciachowa zachęta, ale można się zdziwić kiedy bliskie osoby usłyszą z naszych ust proste, zrozumiałe słowa i dowiedzą się o tym że są dla nas ważne.
Tylko nam Ludziom, dał Pan Bóg a możliwość wyrażania uczuć i emocji słowami .
W prostocie jest siła .
„Kocham cie bardzo, jesteś dla mnie ważny/a, tęsknię, brakuje mi ciebie, smutno mi bez ciebie” – to tylko drobne przykłady słów lodołamaczy i ogrzewaczy serc.
Piękno i zachwyt nad nim stało się towarem luksusowym. Wśród codziennych spraw, używanych rzeczy dominują te bez duszy i piękna. Wszystko co ponadto jest „luksusem”
Jako jedyne stworzenia mamy poczucie i potrzebę piękna na co dzień. Można ją w sobie zdusić i nie okazywać, ale tą potrzebę weryfikuje każde mijane lustro w które spoglądamy odruchowo i ukradkiem.
Każde spojrzenie weń, to poszukiwanie piękna lub innej „ładności”.
Codzienność również może być piękna, bo tak naprawdę tego potrzebujemy.
Stworzyciel dał nam wyjątkowy Dar - dostrzeganie i tworzenia piękna.
Przecież i ON zachwycił się Stworzeniem.
Dziękuję moim bliskim za to, że pomagają mi to piękno znajdować w łagodnie mijającym życiu. To wielki przywilej zachwycać się tym co kiedyś umykało i widzieć w tym cząstkę Bożej mądrość.
Piękno do wydobycia na zewnątrz mamy w sobie. Potrzeba czasem cierpliwości żeby to pokazać światu. Piękno jedyne w swoim rodzaju, nieszablonowe, niestandaryzowane – wyjątkowe.
Lubię patrzeć na „twardzieli” z puszkami piwa w dłoni siedzących na plaży, spoglądających z zachwytem na zachód słońca!
Wcale nie jesteśmy tacy szarzy, kolorek mamy w sobie. Ale działamy często w wersji Trial.
Aktywuj produkt.
KOD AKTYWACYJNY: Psalm 139/14
Łagodną, uśmiechniętą
Ma też matczyną cierpliwość
I delikatność.
Bóg ma za sobą
wiele bezsennych nocy
i nie jedną poranną krzątaninę w kuchni.
Bóg ma twarz
Mamy i Taty
- codziennie
i bezgranicznie
zapatrzoną w Ciebie.
Poobijałem sobie nogę chodząc w ciemności po mojej sypialni nie chcąc obudzić moich najbliższych. Stary numer, kolanem w łóżko, prawym barkiem szafę. Wszystko przez ciemności i mróz na dworze. Na szczęście moich nie zbudziłem.
Aklamacja przed Ewangelię na dzisiaj: Jezus… na życie rzucił światło, przez Ewangelię.
Poobijany bywam, i to często. Ale wtedy kiedy nie idę w zaparte, że dam sobie sam radę, proszę o pomoc przyznając się do błędu czy niewiedzy, przychodzi ona z różnych stron.
I to dla mnie jest ten moment naciśnięcia włącznika światła: niemoc, lęk, słabość, wołanie.
Światło zawsze przychodziło w odpowiednim momencie, bo to życie przecież ważne jest i Jezusowi oddane. A o swoje owieczki Pasterz troszczy się bardzo.
Na desce rozdzielczej życia warto napisać i pamiętać : WŁĄCZ ŚWIATŁA!
Taki przepis DROGOWY!
Piękna i Odważna
zaczarowałaś mój świat
na wiele lat.
Uśmiech rozwalił barykadę
w minutę.
Śmiejemy się do życia
już kolejną dekadę.
Ale Piękno i Odwaga
pozostały niezmienne
Coraz dojrzalsze, siostry Młodości.
I Muzą nadal jesteś każdego poranka
natchnienia daleko szukać nie muszę.
Mam tylko wątpliwość czy Amor
w ten dzień styczniowy
nie zamienił łuku na kuszę.
Są takie sentencje, myśli zasłyszane które pozwalają uporządkować życie,spojrzeć na nie inaczej i dodać siły. Jedno z nich przeczytane w książce poświęconej wychowywaniu dzieci bardzo nam pomogło. Pokazało również prosta prawdę o wytrwałości.
„Humor i cierpliwość to dwa wielbłądy na których można przejść każdą pustynię”.
Nie znam autora tego zdania, ale jestem pod wrażeniem Prawdy i użyteczności tego zdania.
Zapisałem go sobie w swoim „myślowym notatniku”.
Dziękuję Bogu za humor , bo widzę jak bardzo pomaga w cierpliwie znosić to co trudne.
Męskie przyjaźnie pomagają w życiu. Różnią się od kobiecych, bo tak być musi.
Inne temperamenty, emocje, problemy. Ten niewielki wycinek męskiego życia jest bardzo potrzebny w zrozumieniu swojej życiowe misji.
I nie jest to nic nowego.W historii przyjaźnie, solidarność, waleczność mężczyzn była znakiem rozpoznawczym wielu epok.
Dziękuje Bogu za Mężczyzn, Przyjaciół których Bóg postawił na mojej drodze.
Za tych których modlitwa,otwartość, zaufanie i mądrość wielokrotnie pomogła mi przejść przez trudne chwile.
Plan dla Facetów się nie zmienił, jesteśmy nadal Bohaterami, Odkrywcami i Obrońcami (często w wersji Trial). To nie przypadek że bywa w życiu ciężko – to znak że trzeba wrócić do Prawdziwej Przyjaźni – solidarnej, mądrej i praktycznej, mając na uwadze również to, że wytyczamy szlak młodym, jakże często zagubionym młodym facetom.
Szukaj mężczyzn z którymi możesz rozmawiać, modlić się i rozmawiać – szczerze.
„ Walcz, Walcz, Wojowniku – zawsze trzymaj zło na celowniku…” MRR
Pokusa bycia oryginalnym w swoich poglądach jest tym większa im bardziej potrzebujemy zdania się na pomoc i
otwartość innych. Oryginalność tracimy już po narodzeniu bo wszyscy mamy tą sama fizjologię. Nowoczesne poglądy po analizie okazują się już wcześniej znane, a nasze sentencje wypowiadane i zapisywane tak mądrze nagle znajdują swoje źródła i autorów ku naszemu zdziwieniu gdzieś indziej. Pragnienie indywidualizmu może być śmieszne ale również niszczące nas samych i bliskich.
Czyż nasza mowa nie jest zbiorem mądrości zasłyszanych, przesiąkniętych, naśladowanych które w pewnym momencie staje się naszą „własnością„ a przecież są pożyczone. Czy warto silić się kosztem śmieszności na indywidualizm za wszelka cenę skoro można odpocząć ze świadomością tego, że jestem ważny dla innych – przede wszystkim dla Boga, bez względu na to jakie błyszczące poglądy lansuję.
W promowaniu swojej niezależności, często słychać krzyk : przytul mnie!.
Jesteś mądry, jesteś ważny, jesteś wrażliwy – nie ma co kolekcjonować orderów z Oryginalności.
Z czterech jego stron pozostały dwie
- Dobro i Nadzieja
Północ niepewności skryła się za Wieczność.
I gwiazda południa nie chce świecić jaśniej.
Mój świat wewnętrzny
tak sam od siebie,
poszedł po rozum do Głowy
-do Ewangelii
Pytających o Drogę.
Wielu rzeczy w swoim życiu nauczyłem się przez osmozę. Zwyczajne przenikanie stężeń, z większego do mniejszego. Stopniowe ale skutecznie do wyrównania zawartości. Niby taki zwykły proces fizyczny a ma duży wpływ na codzienne życie.
Miałem wielki przywilej uczyć się swojego zawodu u Nauczyciela i Mentora. Coś co w obecnej sytuacji młodych lekarzy jest tylko pobożnym życzeniem.
Mój Nauczyciel dr. Jan Lasota był zawsze blisko nas, młodych lekarzy. Czuł się pomiędzy nami dobrze utrzymując stosowny dystans i korzystając ze wszystkich praw Ordynatora dla naszego dobra. Potrafił wypunktować błędy, ukarać w sposób motywujący do wyciągnięcia wniosków ale i pracować jak równy z równym na ciężkim calodobowym dyżurze urazowym.
To właśnie w nim zobaczyłem lekarza, człowieka – znanego w bielskim świecie medycznym, który potrafił w sposób niesamowity nawiązywać kontakt z ludźmi ubogimi, zagubionymi i wykluczonymi. Potrafił uczyć i prowadzić cierpliwie podczas zabiegu operacyjnego krok po kroku, dodając otuchy i motywując do coraz większych wyzwań.
Jego świat zazębiał się ze światem naszych rodzin o których wiedział prawie wszystko. Tworzył to co szumnie nazywa się atmosferą, a tak naprawdę było przekazywaniem swojego doświadczenia, czasu i serca młodym ludziom.
Chociaż minęło tak wiele lat od jego nagłej śmierci, do dzisiaj nasze dorosłe dzieci wspominają prywatne spotkania z Doktorem. Wędki i obiektywy sprezentowane przez niego są do dzisiaj pamiątką po człowieku, który zarażał innych swoimi pasjami, a miał ich bardzo wiele i bardzo interesujących.
Osiemnaście lat pracy u boku takiego Ordynatora dało mi więcej niż niejedna mądra medyczna książka. Pomaga mi do dzisiaj w mojej pracy to czego przez osmozę nauczyłem od Niego.
Widziałem jak potrafił cieszyć się jak dziecko z udanej trudnej operacji i przeżywać głęboko przegraną walkę o życie pacjenta. Trudno zapomnieć mistrzowsko opowiadane historie z dziejów bielskiej medycyny gdy wspólnie zjadaliśmy kanapki ze swojską kiełbasą przygotowane przez panią Nataszę. Widziałem go płaczącego i bezradnego kiedy odchodzili ci których kochał i jak dzielnie radził sobie po stracie ukochanej żony.
Pozostanie we wdzięcznej pamięci zaufanie którym obdarzał nas, młodych lekarzy gdyż czuliśmy się prze to bezpieczni i zauważeni.
I mógłbym tak bez końca opowiadać o Doktorze. Wielu z nas, bielskich ortopedów zawdzięcza Mu samodzielność w pracy, wiedzę medyczną i piękne wspomnienia, ale przede wszystkim pozostał dla mnie nauczycielem ludzkiego podejścia do pacjenta, bez wartościowania go w jakikolwiek sposób.
Wiele jego cennych i trafnych powiedzonek (nie wszystkie możliwe do zacytowania w tym wpisie) pomogło mi w mojej praktyce lekarskiej i w normalnym życiu.
Mieliśmy przywilej, uczyć się od Nauczyciela. Pozostał dług wdzięczności który chyba należy spłacać okazując serce i czas młodym rozpoczynającym karierę lekarzom.
Może chociażby przez osmozę… Zawsze jest ktoś kto może się od nas czegoś nauczyć. Warto sprawdzić czego uczymy innych.
Czas zacząć myśleć o życzeniach noworocznych, bo nieuchronnie zbliża się dzień Sylwestra.
Chcąc nie wpaść w schematy zastanowiłem się nad mijającym rokiem stwierdzając że to był kolejny dobry rok,w którym działo się więcej dobrego niż złego.
Szok! Nawet nie było na co ponarzekać.
Zniknęło wiele napięć, przybyło wielu ciekawych ludzi wokół nas. Czas zweryfikował starych przyjaciół, pokazując że lepiej mieć ich mniej i wypróbowanych, niż wielu plastikowych i z urzędu. Wiem i czuję coraz wyraźniej że wszystko co dotyczy mojego życia bardzo interesuje Pana Boga.
A w sposób szczególny przekonywał mnie przez ten miniony rok, że troszczy się bardzo o moją żonę, dzieci, rodziców i o mnie.
I dalej nie wiem czego sobie życzyć… chociaż!
Nie tracić z oczu Jezusa…
Tak! Tego życzę sobie i moi najbliższym.
To chyba jest zwyczajna historia. Zwyczajna bo dotyczy codziennego życia i pracy. Szumnie można to nazwać powołaniem, a to przecież zwykła praca lekarza w oddziale onkologii.
Dzień za dniem, tragiczne dla pacjentów i ich rodzin informacje, pytania o rokowanie, o to ile pozostało jeszcze czasu? Ogromna kondensacja złych wiadomości na metr sześcienny.
Przez tych lat dwadzieścia pięć noszone wszystkie lęki i cierpienia pacjentów w jednym Wielkim Sercu. To nie jest tak, że wychodząc z pracy zamyka się drzwi za pacjentami i basta. Z nimi się w myślach rozmawia, o nich się myśli, o nich się boi.
I są też ich najbliżsi: dzieci, małżonkowie, rodzice, przyjaciele – samotni, zdruzgotani,wystraszeni… dla których wieść o nowotworze jest jak granat wrzucony do mieszkania.
Bywam świadkiem tych rozmów i wiele się uczę podziwiając siłę której bym w sobie nie wzbudził, bo nie mam takiego serca i miłości do ludzi.
Towarzyszenie do końca to rzecz jasna obowiązek lekarza, ale to towarzyszenie później wykracza poza medycynę i wchodzi w metafizykę.
Tam dopiero zaczyna się weryfikacja powołania do służenia innym.
Przytulenie dziecka podczas pogrzebu młodej, pięknej mamy. Rozmowy z synami którzy tracą ukochanego tatę, pocieszanie rodziców którzy tracą jedyne dziecko, zachęcanie do przebaczenia krzywd, nawracanie się do Boga w chwilach ostatnich, słuchanie niejednej wstrząsającej i skrywanej przed innymi historii życia
Wielokrotnie miałem za złe, że tyle spraw dotyczących pacjentów zajmuje nasze wieczorne rozmowy, ale bilans służby sercem na dłuższą metę jest powalający.
Przyjaźnie z rodzinami tych którzy odeszli, telefony w sprawach życiowych od dorastających synów zmarłych pacjentów, opowieści dzieci o tym że mama zdążyła zobaczyć je przed ołtarzem, rozmowy i łzy wzruszenia wspólnie wylewane po wielu latach to ogromna nagroda.
I choć często bywam surowy i krytykuję taki sposób emocjonalnego zaangażowania w pracę to wiem że tak już będzie do końca, bo inaczej moja Basia nie potrafi. Podziwiam ją za to i wiem że źródłem tych sił jest miłość do Jezusa. Dumny jestem z tego że jestem świadkiem i uczestnikiem tak wielu niezwykłych wydarzeń i że mam tak niesamowitą ŻONĘ. (I Love You)
To pytanie pojawia się dosyć często pod koniec roku.
Będą – ta fakt, a jakie to zależy od nas.
Cieszę się, na spotkanie z rodziną, na rozmowy, wygłupy z Pawełkiem. Na zabawę kolejką która czeka na niego ukryta przed jego wścibskimi oczkami.
Czekam i ciesze się na nasze ulubione tempranillo i wspólne śpiewanie.
Wiem jakie będą Święta !
I jeśli tylko będzie mi dane dożyć to będę się starał żeby były piękne, spokojne i błogosławione przez Tego który Narodził się w Betlejem.
Świeckie tradycje mnie nie interesują.
Mój grudzień 1981 roku był mroźny do bólu stóp, kiedy wracając z szumiąca głową w nocy mijałem smutnych żołnierzy na ulicy Piastowskiej.
Ryzling i poezja jeszcze szumiały w głowie ale refleksja nad tym co się rozpoczęło przychodziła za każdym zmilitaryzowanym skrzyżowaniem.
Potem było już tylko gorzej, kiedy nie wiedząc dlaczego nie mogłem dojechać na stancję autobusem koło kopalni Wujek. Pozostał tylko gorzki sprzeciw i kolorowy charakter dwudziestolatka ze studenckim „wspomaganiem”.
Ale było się blisko z innymi, było ciepło i była nadzieja na coś nowego. Kilku kolegów nagle „skończyło” studia, rozmowy w czasie zajęć coraz częściej odbiegały od zagadnień medycznych.
Było między studentami coś żywego, świeżego, radosnego i niepewnego.
Przeżyliśmy w końcu przez czas kartek na wódkę i cukier, pólek sklepowych z octem i musztarda jedynie, kolejek za pieluszkami i mlekiem w proszku dla dzieci.
Przyszło nowe, „bogate”, demokratyczne.
Zniknęło to dobro które urodziło się wtedy – wygumowały się bezinteresowność, szacunek, szczera radość z niesienia pomocy innym.
Pamięć jak zwykle płata figle i wzmacnia to co złe zapominając o tym co dobre… a „medioci” dalej wchłaniają kłótnie i spory „autorytetów” w TV.
Nieugaszone pragnienie powoduje lęk, odbiera rozsądek, dezorientuje w drodze. Wiedzą o tym ci, którzy czytali książki o przygodach wędrowców na pustyni.
Pragnienia mogą być róże, od tych fizjologicznych po te społeczne, takie jak pragnienie pieniędzy, dominacji nad innymi, pragnienie kariery zawodowej, uznania przez innych itp. Przekonuję się codziennie że spełnienia tych pragnień nie jest możliwe bo zawsze troszeczkę dalej jest coś nowego, bardziej atrakcyjnego co staje się obiektem pożądania.
Kasa, jej brak lub nadmiar gubi dorosłych i mądrych ludzi jak czarna ospa w czasach zarazy.
Jehowa-Jireh to imię Boga Jahwe które daje nadzieję- Bóg który zaspakaja.
Uspokojone serce i nakarmione przez Boga daje normalne spojrzenie na kasę, pragnienia, pożądliwości i codzienność.
Tak naprawdę wtedy kiedy bardzo czegoś chcę, i upieram się przy tym jak dziecko, zapominam o tym że jedynie z Nim i w Nim jest wszystko co jest mi potrzebne do NORMALNEGO życia.
W USA wykonano badania na dużej populacji i ustalono, że do życia potrzeba człowiekowi stu rzeczy.
Jakich nie wiem , ale nie jest to duża liczba.
Mam tylko wątpliwość czy znalazło się tam miejsce dla tego który Prawdziwie Zaspakaja nasze potrzeby, myśli o nas i bardzo się troszczy.
Jehowa-Jireh – Bóg który zaspakaja.
Przy drzwiach do sypialni od lat wisiało kryształowe lustro. Wchodząc, wychodząc odruchowo spoglądałem
na swoje odbicie i ten nawyk mocno mi się utrwalił.
Niepodziewanie Basia zamieniła miejscami lustro z obrazem „Jezu Ufam Tobie”. Wchodząc do sypialni odruchowo spoglądam w prawo a tam… już nie ja tylko On.
Dobra zamiana, ale dziwienie było wielkie.
Trochę łatwiej jest mi teraz pamiętać o modlitwie.
A lustro… Znajdę jak będę potrzebował.
Jak nie zmarnować żadnej chwili na bezużyteczność, nicość, nie dając się wkręcić w turborytm współczesności?
Jak wyszukać w tych kilkunastu godzinach ciągu dnia czas na posłuchanie swoich myśli?
Duża sprawa!
Zrobiłem eksperyment i wypełniłem jeden dzień rozmowami, telefonami, słuchaniem muzy w samochodzie, telewizją i … się wymęczyłem maksymalnie.
Sam na sam ze swoimi, nie koniecznie mądrymi myślami, to czas na regenerację codziennego życia.
To szansa żeby usłyszeć coś więcej i dać szanse Bogu na dotarcie do nas.
Taka chwila bezużyteczności i pozornego nicnierobienia jeśli ma na celu dogadanie się z Bogiem, jest jak łapanie sygnału przez GPS i „przeliczanie trasy”.
„Zatrzymajcie się, i we Mnie uznajcie Boga „
Psalm 46/11a
Zakochani
Spotkani przypadkowo, idący obok siebie zakochani, roześmiani.
Moi przyjaciele. Nie przyznałam się, że ich widzę, że patrzę z podziwem na nich .
Razem tyle lat, nigdy nie słyszałam od żadnego z nich nic złego o tym drugim.
Miłość i troska.Razem zawsze razem.
Kobieta dostojnie i dumnie krocząca obok męża, dla którego jest piękna i najważniejsza.
To o Niej pisze wiersze, dla niej żyje, zmienia się .To o Nią się modli każdego dnia.
On dla Niej też jest najważniejszy , jedyny, ukochany.
To dla Niego gotuje i dba o kwiaty, prasuje koszule.
Ciągle młodzi i piękni.Wpisani w nasze życie.Zawsze gotowi do pomocy, gdy jej potrzeba.
Podglądam tą miłość i przyjaźń na ulicy 11 listopada i stoję cichutko, by niczego nie spłoszyć, w zachwycie.
Dobrze Was znać , kochać i mieć w swoim gronie .
Niech Wam Bóg błogosławi swoją łaską i miłością przez długie lata.
Małgosi i Jarkowi
Wyjeżdżając rano do pracy po kilkudziesięciu metrach wjechałem w mgłę która znacznie ograniczała widzialność. Jechałem wolno i ostrożnie mecząc się rozproszonym światłem reflektorów innych samochodów. Każdy kilometr stawał się coraz trudniejszy – ale to przecież normalne zjawisko o tej porze roku. Kiedy już prawie z nosem na szybie pokonywałem z szaloną prędkością 30 km/h dystans do pracy olśniła mnie myśl :WYCIERACZKI!
I to było genialne – w momencie włączenia wycieraczek mogłem niezauważone wcześnie drobne kropelki mgły usunąć z szyby – i pędzić 50 km/ h.
Przez dłuższy czas nie zauważyłem, że widoczność przez drobne kropelki utrudniają mi ocenę drogi i komplikują jazdę.
Zauważyłbym oczywiście wielkie, rzęsiste krople od razu, ale mgiełka mnie zmyliła.
Takie małe kropelki potrafią niepostrzeżenie pokryć sumienie i serce. I nie wiadomo wtedy dlaczego tak w życiu ciężko i pod górę, i dlaczego inni się czepiają.
Czasem ktoś życzliwy musi powiedzieć: włącz wycieraczki!
I to nie po to żeby dokuczyć, ale żeby więcej zobaczyć. Ale decyzja i tak należy do kierowcy.
Znaleźć się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu to sztuka nie lada. Taką umiejętność posiadał Andrzej Apostoł. Trzykrotnie na kartach Ewangelii znajdował się w odpowiednim .
Nie znamy go z działalności wśród tłumów ale ze spotkań z ludźmi, których przyprowadza do Jezusa. Tak było z przedstawieniem Jezusowi swojego brata Piotra, tak było ze zalezieniem chłopca z pięcioma bochenkami chleba i dwoma rybami po których zaczęło się jedno z najbardziej znanych cudownych zdarzeń.
Lubię Andrzeja Apostoła bo wielokrotnie swoim przykładem zachęcił mnie do zwrócenia uwagi na jednego, pojedynczego człowieka, którego Jezus może zmienić i przez niego pomagać innym.
I właśnie teraz ta metoda docierania z Ewangelią do innych, poprzez zwrócenie uwagi na jednostkę, wydaje się bardzo sensowna i skuteczna.
Być może Szymon Piotr bez zachęty ze strony Andrzeja Apostoła nie spotkałby Jezusa, być może tego chłopca nikt by nie odnalazł gdyby nie gotowość mojego patrona do zwracania uwagi na człowieka.
Gdzie są liczby, wizje, dokonania ewangelizacyjne Andrzeja? – nie wiem.
Na kartach Ewangelii zapisał się jako człowiek pierwszego kontaktu kierujący napotkanych do Jezusa.
Zginął śmiercią męczeńską jak większość towarzyszy Jezusa, ale śmiem twierdzić że nie zmarnował tego daru jakim była łatwość nawiązywania kontaktu i osobista relacja z ludźmi.
Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” Ewangelia Jana 6/8
Słowo Kryzys nabrało teraz znaczenia ogólnoludzkiego. Można by sądzić, ze jedynej rzeczy jakiej teraz się boimy to – kryzys. Wmówiono nam dosyć skuteczniej że największym skarbem jaki posiadamy są : praca, oszczędności, surowce, akcje, ocena wypłacalności, wiarygodność finansowa. Nasz prawdziwy skarb skurczył się do tego co mamy na koncie,w portfelu i w finansowym zabezpieczeniu na starość.
Historia wielokrotnie w czasie wojny, w latach powojennych, czy w trakcie ponurej komuny pokazywała wartości które trudno było wiązać z pieniędzmi i bogactwem, a dawały zadowolenie, solidarność miedzy ludźmi i rzadką obecnie cechę jaką jest umiejętność cieszenia się z tego co jest wystarczające do skromnego życia.
I nie jest to apoteoza tych ciężkich lat, ale refleksja nad prawdziwym kryzysem serc i umysłów.
Słuchając pierwszych płomiennych kazań Jana Pawła II zwróciłem uwagę na zdanie nadal bardzo aktualne.
Zagniewany głos „świeżego” Papieża mówiący że:”… receptą na zdrowe społeczeństwo jest zdrowa rodzina, bez akceptacji i zgody na wynaturzenia.”
To chyba najkrótsza diagnoza i lek dotyczące prawdziwego kryzysu, który dotarł głęboko do naszych rodzin, małżeństw i jak fala tsunami przetacza się przez serca Polaków, szczególnie tych młodych.
Gościnność, bezinteresowność, hojność, współczucie mogą stać za niedługo hasłami do odnalezienia tylko w Wikipedii, chyba że przestaniemy się dać wkręcać propagandzie że nasz problem to sprawa ilości posiadanej kasy.
Historia trudu, normalności i poświecenia wzajemnego w trudnych dla Polaków czasach, jest dla mnie osobiście zachętą do rezygnacji z uczestniczenia w politykierskich rozmowach na tematy uznane jako obowiązkowe.
Żadnego kryzysu nie rozwiąże się bez zdrowych, normalnych małżeństw i rodzin bo w nich rosną ci którzy będą rządzić Polską w czasie emerytury mojej i moich dzieci.
Jest o co walczyć chociaż teraz w mediach króluje kaszana.
Komentarze