Autor: Andrzej
• wtorek, 18 Październik, 2011
Rok 1984 – nic z Orwella, prosta historia która przypomniała mi znaczenie i wartość symbolu o którym teraz tak głośno.
Koszary pod Częstochową i kilkudziesięciu podchorążych po akademii medycznej, wśród nich ja.
Świeżo upieczony mąż, tęsknicy za domem i ukochaną, na początku poszukiwań swojego powołania zawodowego, depresyjny z poetycka duszą.
A świat koszar tamtych lat to „trepy, trepy,trepy do kwadratu”
nie mające nic do zaoferowania oprócz chęci dogięcia do swojego „poziomu intelektualnego”> szarość, burość i syf – bez przepustek.
I tylko wieczorami w tej bezsensownej matni udawało mi się znajdować chwile nadziei.
Za murem koszarów budowano kościół, z nieukończonymi murami ale stojącym już i górującym KRZYŻEM.
To był mój czas rozmowy z sobą o życiu i jego sensie. Patrzenie w ten krzyż siedząc za murami obskurnych koszar to był ekran wideo na którym widziałem moją żonę,rodziców i miejsca w których tak bardzo chciałem być. Ten krzyż dawał mi światło potrzebne do czytania kieszonkowego ( a raczej zapałkowego formatu) Nowego Testamentu który dostałem od zaprzyjaźnionych protestantów.
To był mój krzyż, pocieszyciel podchorążych.
Po latach poznawania Ewangelii i osoby Jezusa, ten czas spędzony w koszarach postrzegam jako wielki prezent od Boga-kompas na drogę .
Krzyż i jego prosta symbolika jest dla mnie bardzo ważna, muszę więc bronić Jego wartości w sporach które się toczą a przede wszystkim muszę nadać mu odpowiednią wartość w swoim sercu.
Ten zwykły symbol, zgorszenie dla coraz większej liczby pogubionych w życiu polityków jest dla mnie znakiem Życia, któremu uległem i Temu który na nim umarł chce pozostać wierny, bez względu na to ja bardzo to będzie dla mnie niewygodne.
Ten krzyż pomógł mi znaleźć sens tego co robię i powód dla którego żyję.
TxGoD!
Komentarze