Archiwum ◊ Sierpień, 2010 ◊

Autor: Andrzej
• poniedziałek, 30 Sierpień, 2010

Przyglądając się ułożonymi stóp ołtarza płodom rolnym, podczas mszy świętej dziękczynnej za plony zastanawiałem się co powinno się znaleźć u stóp mojego ołtarza w podziękowaniu za zbiory i owoce pracy. Kiedyś było to prostsze, owoce pracy były wymierne. Rolnik dziękując miał co przynieść przed ołtarz, każdy z rzemieślników mógł czymś konkretnym się pochwalić i pokazać to co stworzył.

Teraz praca wygląda inaczej.

Co mam ci Panie ofiarować podczas moich dożynek?

To wszystko takie ukryte głęboko i niewymierne.

Mogę tylko moje dziękczynienie okazać stając przed Tobą sam na sam, w modlitwie.

Inne są te moje dożynki ale dziękować mam przecież za co…

Kategoria: Anlee  | Zostaw komentarz
Autor: Andrzej
• wtorek, 24 Sierpień, 2010

Film o butach a raczej o bucikach niefortunnie zgubionych przez irańskiego chłopca.

Czy to możliwe żeby zrobić film o butach?

Inny świat, inna wrażliwość inne życie. Coś co trudno sobie wyobrazić żyjąc sobie tak normalnie jak my.

Świat biednej rodziny, ale kochającej się bardzo i stojącej niczym monolit w obliczu trudności codziennej egzystencji. Obrazek prawdziwy, wzruszający i zmuszający do myślenia.

Dosyć szablonowa recenzja, ale ściska mnie w gardle wzruszenie kiedy przypominam sobie ten normalny chociaż bardzo ubogi dom i przyjaźń małego Alego z siostrą.

I tak naprawdę nic dodawać nie chcę do tego co zobaczyliśmy..

Polecam i życzę tego mrowienia w sercu.

Buciki które chodzą za mną…szok!

„Dzieci niebios” film irański 1997 reż.Majid Majid

Kategoria: Sztuka  | 2 komentarze
Autor: Andrzej
• poniedziałek, 23 Sierpień, 2010

Reset wykonany. Musi być czas na sprawy przyjemne, trudne do zrealizowania w czasie roku pracy.

Nadrobiliśmy zaległości w rozmowach, głupawce i spacerach.

Czas budowania piaskowych zwierzaków połączył pokolenia, obcych sobie plażowiczów, a inwencja twórcza rozpalała mózgi piaskowych inżynierów.

Wyluzowani ojcowie zachowujący się jak dzieci i co mnie zaskoczyło zdecydowanie częściej bawiący się z dziećmi niż mamy.

Moja prywatna teoria mówi że ojcowie mają zdecydowanie więcej DZIECKA w sobie niż sobie to uświadamiają, i jeśli ich nie spowolni duża ilość plażowego piwa to świetnie to pokazują i cieszą się tym.

A dzieciaki wpatrzone w ojców gotowe są do wielkich poświęceń przynosząc materiał do budowy zamków, żeby tylko utrzymać przy sobie tatę jak najdłużej.

Urlop nie trwa wiecznie, ale com zobaczył i usłyszał zostanie we mnie na długo i już czuje że wierci się w serduchu.

Autor: Andrzej
• środa, 11 Sierpień, 2010

Historia napisana przez mojego przyjaciela Jarka.

Mój przyjaciel pies.

Zdecydowana większość ludzi powie, że coś mi się w głowie pomieszało – żałować psa: zdechł i już! – to tylko pies.

Zacznę od początku.

Dziesięć lat temu w podraciborskich lasach znaleźliśmy dwa szczeniaki. Miały około dwóch miesięcy. Nadchodziła noc, było zimno (początek listopada), było widać, że błąkają się po lesie od dłuższego czasu, że są głodne. W okolicy nie było widać nikogo, kto byłby zainteresowany tymi małymi psiakami. Popatrzyłem na Gosię i bez słów podjęliśmy decyzję: bierzemy je do auta i do domu. Pomyślałem: rano zawiozę je do „psiarni” czyli schroniska zwierząt na naszej ulicy. Nie wiem gdzie chodziły, ani co wcześniej robiły, ale śmierdziały tak, jakby uciekły wprost ze świńskiego chlewika. Smród był okropny. W drodze rozmawialiśmy z Gosią na temat całego zdarzenia. Zastanawialiśmy się jak można by nazwać te pieski. Gosia zaproponowała Bora i Lewi: ” Bora od obory, a Lewi od chlewika. Tak już zostało. Dojechaliśmy do domu, pieski zmęczone spały całą drogę. Po przeniesieniu do mieszkania została im wyznaczona strefa w przedpokoju. Jakaś kasza na kolację  i idziemy spać, a rano zdecydujemy, co dalej. To jednak nie była spokojna noc, ani dla nas, ani dla sąsiadów – no i ten smród. Byłem w trakcie budowy naszego domu i musiałem rano wcześnie wstać. Zapakowałem więc szczeniaki do samochodu i na budowę. Biedna Gosia została ze smrodem, myciem podłóg i dezynfekcją wszystkiego, co było na psiej drodze. A na budowie w Mesznej – brak ogrodzenia, brak kojca, brak miejsca dla psów. Na szybko zrobiłem kojec z kilku palet budowlanych i zająłem się bieżącą pracą. W wolnej chwili zawiozłem je do najbliższego weterynarza – zostały zaszczepione i zarejestrowane – stały się częścią meszniańskiej posiadłości. Decyzja została podjęta – będą nasze. Ich charakter, temperament, brak odpowiedniego miejsca przysporzył nam wielu kłopotów. Te małe rozrabiaki gryzły, co popadnie, uciekały, kiedy tylko się dało – ale zawsze wracały i to prosto pod drzwi. Z czasem sytuacja zaczęła się stabilizować, a i ja miałem trochę więcej czasu na zajęcie się Borą i Lewim. Szczególnej troski i uwagi wymagał Lewi – pies nieprzeciętnie stabilny emocjonalnie, odważny, z bardzo silną osobowością – prawdziwy wojownik o nieustraszonym sercu. Te cechy sprawiały wielki kłopot szczególnie Gosi, która nie była w stanie pójść na spacer, ponieważ było to zbyt niebezpieczne (pies silny i nieznoszący sprzeciwu). Żadne książkowe porady nie skutkowały – ten pies wyłamywał się spod wszelkich kanonów szkolenia i wychowywania psa. Zostałem zmuszony do zrozumienia jego osobowości i psychiki. Zmieniłem całkowicie metody postępowania. W krótkim czasie ja poznałem lepiej psa, a pies zmienił się w łagodne, przyjacielskie i ufne zwierzę. Od tamtego czasu ten pies to wzór wierności i zaufania. Zawsze przy mnie, zawsze wszędzie wchodził pierwszy, „sprawdzał” jak sprawy się mają i dopiero wychodził, zawsze się cieszył, gdy mnie widział. Był „serdeczny” i „gościnny” także dla naszych gości. Szczególnie cierpliwy dla dzieci – czasem zmęczony zabawą odchodził – ale nigdy nie warczał, ani nie okazywał swojej siły. Żadna praca przydomowa nie odbywała się bez niego. Nieważne czy hałas, czy smród farb i lakierów – zawsze koło mnie. Pierwszy w garażu i zawsze „naprawiał” ze mną samochody. Potrafił położyć się pod pilarką w czasie pracy i nic mu nie przeszkadzały sypiące się trociny czy wielki hałas. Pamiętam jak przy jednej pracy ślusarskiej metalowy opiłek wbił mu się do oka. Przez 25 minut stał w bezruchu, a ja pęsetą grzebałem mu w oku – tyle czasu potrzebowałem na zlokalizowanie i usunięcie tego metalowego opiłka. Tylko ktoś, kto ma bezgraniczne zaufanie mógł to wytrzymać. Kochał jeździć ze mną w samochodzie. Rano stawał koło bagażnika i patrzył mi prosto w oczy. Gdy go nie zabierałem, co zdarzało się często, to czekał do następnego dnia. Był też chorowity. Wymagał troski i opieki. Nie zliczę ile razy byłem z nim u weterynarza, ani też nie zliczę ile potraw nagotowała mu Gosia. Był uczulony prawie na wszystko – ale razem dawaliśmy radę. Tak mijały kolejne dni, miesiące i lata. Gosia po pracy dla relaksu brała oba pieski i szła na spacer. Jak sama mówiła zawsze czuła się bezpiecznie – bo w lesie samotnej kobiecie nie jest miło. W tym „ostatnim” czwartkowym dniu wszystko było normalnie. „Kolacja w piekarniku” – mówi Gosia – „idę się krótko przejść z pieskami”. Po chwili dramatyczny telefon, roztrzęsiony głos: Jaruś! Lewiś chyba zdycha – przyjdź natychmiast. Po dwóch minutach jestem na miejscu: Lewi bez życia w sobie leży z ogonkiem podniesionym do góry i otwartymi oczami. Zawał, wylew, tętniak….? Szybka śmierć psa, który wraca z miłego spacerku. W takich sytuacjach jestem niezwykle sprawny i działam szybko – bez emocji. Pies do bagażnika, worek, łopata…. no i jeszcze trzeba być blisko Gosi – bo strasznie to przeżyła – stało się to na jej oczach. Mijają dwa, trzy dni. Powoli z człowieka, który zrobił wszystko, co trzeba wychodzą emocje, pojawiają się łzy smutku. Do tej pory to był dla mnie zwykły pies, ale teraz sobie uświadamiam, że był to pies przyjaciel. Wierny i ufny. Znam wielu ludzi, niektórzy deklarowali mi swoją wierność, ale próba czasu pokazała, że to były tylko słowa. Ten pies nic mi nie obiecywał – po prostu był wierny i ufny – przyjaciel. Na koniec swojego życia przekazał mi dwa spostrzeżenia, które na nowo rozbłysły jak światło. Pierwsze to, że często za życia nie widzimy jak wiele zawdzięczamy innym, że są ludzie, okoliczności i zdarzenia, które są bezcennym bogactwem dla nas samych, a my ich nie zauważamy dopóki mamy ich blisko. A drugie to, że życie jest kruche i nie do przewidzenia. Kiedy i kto stanie przed Panem oraz w jakich okolicznościach jest tajemnicą. Ten pies swoją niespodziewaną śmiercią wyświadczył mi i Gosi jeszcze jedną przysługę- przybliżył nas do siebie, uwrażliwił i jakby powiedział: kochajcie się czule i myślcie o sobie ciągle, bo nikt nie zna tej strasznej godziny.

Jeszcze nie potrafię o tym wszystkim mówić, emocje i łzy pojawiają się we mnie , także pisząc ten tekst. Dziwny to rodzaj smutku – nie znałem go do tej pory. Jeżeli Pan działa przez okoliczności, to chce abym czegoś się nauczył: bym był wierny i ufny, był przyjacielem Boga, żony i wszystkich, których postawił na mojej drodze.”

Kategoria: Anlee  | Zostaw komentarz
Autor: Andrzej
• niedziela, 08 Sierpień, 2010

Kategoria: Anlee  | 4 komentarze