To chyba jest zwyczajna historia. Zwyczajna bo dotyczy codziennego życia i pracy. Szumnie można to nazwać powołaniem, a to przecież zwykła praca lekarza w oddziale onkologii.
Dzień za dniem, tragiczne dla pacjentów i ich rodzin informacje, pytania o rokowanie, o to ile pozostało jeszcze czasu? Ogromna kondensacja złych wiadomości na metr sześcienny.
Przez tych lat dwadzieścia pięć noszone wszystkie lęki i cierpienia pacjentów w jednym Wielkim Sercu. To nie jest tak, że wychodząc z pracy zamyka się drzwi za pacjentami i basta. Z nimi się w myślach rozmawia, o nich się myśli, o nich się boi.
I są też ich najbliżsi: dzieci, małżonkowie, rodzice, przyjaciele – samotni, zdruzgotani,wystraszeni… dla których wieść o nowotworze jest jak granat wrzucony do mieszkania.
Bywam świadkiem tych rozmów i wiele się uczę podziwiając siłę której bym w sobie nie wzbudził, bo nie mam takiego serca i miłości do ludzi.
Towarzyszenie do końca to rzecz jasna obowiązek lekarza, ale to towarzyszenie później wykracza poza medycynę i wchodzi w metafizykę.
Tam dopiero zaczyna się weryfikacja powołania do służenia innym.
Przytulenie dziecka podczas pogrzebu młodej, pięknej mamy. Rozmowy z synami którzy tracą ukochanego tatę, pocieszanie rodziców którzy tracą jedyne dziecko, zachęcanie do przebaczenia krzywd, nawracanie się do Boga w chwilach ostatnich, słuchanie niejednej wstrząsającej i skrywanej przed innymi historii życia
Wielokrotnie miałem za złe, że tyle spraw dotyczących pacjentów zajmuje nasze wieczorne rozmowy, ale bilans służby sercem na dłuższą metę jest powalający.
Przyjaźnie z rodzinami tych którzy odeszli, telefony w sprawach życiowych od dorastających synów zmarłych pacjentów, opowieści dzieci o tym że mama zdążyła zobaczyć je przed ołtarzem, rozmowy i łzy wzruszenia wspólnie wylewane po wielu latach to ogromna nagroda.
I choć często bywam surowy i krytykuję taki sposób emocjonalnego zaangażowania w pracę to wiem że tak już będzie do końca, bo inaczej moja Basia nie potrafi. Podziwiam ją za to i wiem że źródłem tych sił jest miłość do Jezusa. Dumny jestem z tego że jestem świadkiem i uczestnikiem tak wielu niezwykłych wydarzeń i że mam tak niesamowitą ŻONĘ. (I Love You)
Komentarze